kontakt@wszoku.pl
+48 570 979 658

Dziwny weekned

         Był wtorek, jak co rano dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu, włączyłem w telefonie drzemkę, rozkoszując się ostatnimi chwilami w łóżku. Co ja mam dziś do zrobienia? Pranie, zakupy i jakieś sprawozdanie na studia… Moje poranne rozmyślania przerwał dzwoniący telefon, w słuchawce usłyszałem znajomy głos: "Może by tak zrobić sobie weekend w środku tygodnia?". Pomysł ten od razu przypadł mi do gustu, lekko zaskoczony tą propozycją zacząłem się zastanawiać, czy to wogóle możliwe, "To przełożę, tamto zdążę zrobić jeszcze przed wyjazdem". Błyskawiczna decyzja i po dwóch godzinach jestem już w drodze z całym bagażem. Szybkie przepakowanie, kawka i ruszamy. Plan jest prosty, kierunek: okolice Zakopanego, a dokładniej wypad nad Dunajce. Pogoda na razie dopisuje, słoneczko przyświeca, "Oby jak najdłużej". Droga mijała dość szybko, a czas upływał na rozmowach. Tematów nie brakowało: od wydarzeń na świecie przez wspominanie zeszłorocznych wypadów na rybki, kończąc na planowaniu nowej wiosennej kolekcji ubrań W Szoku. Już wiem, że będzie genialna, a Wy przekonacie się o tym niedługo. Jakoś zawsze potrafiliśmy znaleźć wspólny temat, dzięki czemu nawet dalekie podróże nie były problemem i wcale nam się nie dłużyły. Dodge mknął autostradą i nawet nie wiem, kiedy zjechaliśmy na Zakopiankę. Ostatnie dziesiątki kilometrów mijały nam na planowaniu, miejsc w których będziemy łowić.

           Dzisiejsze popołudnie postanawiamy spędzić na Białym Dunajcu. Zajeżdżamy na dobrze znane większości miejsce, tzw. boisko. Naturalny próg wodny tworzy doskonałe miejsce dla ryb, przez cały sezon woda jest tutaj dobrze natleniona, a rynienka, która pojawia się poniżej progu, wygląda bardzo obiecująco. Na miejscu czeka już nasz tutejszy przyjaciel, z którym byliśmy umówieni. Jak zawsze cieszy nas już sam kontakt z naturą, widok rzeki, która tak pięknie wygląda w późno popołudniowym świetle zachodzącego słońca. Niestety warunki nad rzeką nie są zbyt ciekawe, znowu gdzieś kopią, coś budują i woda ma kolor kawy z mlekiem. Mimo to postanawiamy spróbować naszych sił.  Rozstawiamy się po obu stronach rzeki, obławiając głębszy nurcik. Niestety przy tej wodzie będzie ciężko, wszedłem ledwo przed kolano, a już nie widzę swoich butów. Zastanawiam się, jak ryby radzą sobie w takich warunkach. Parę godzin/dni to nie problem, ale przecież takie warunki potrafią się utrzymywać tygodniami, a one (ryby) coś jeść muszą. Moje rozważanie przerywa delikatne szarpnięcie, instynktownie zacinam. Niestety na końcu zestawu zamiast upragnionego pstrążka czuję jedynie tępy opór. Zaczep. Lecz niecodzienny  na końcu zamiast patyków widzę zestaw innego wędkarza. Przynajmniej podejrzę, na co łowią miejscowi. Łowimy jeszcze około godziny, a ryby postanawiają nam w tym nie przeszkadzać. No cóż, dziś się nie udało, ale mamy jeszcze jeden dzień na rewanż. Pomimo małej porażki z wody schodzimy z podniesionymi głowami, a uśmiech nie znika z naszych twarzy.

Bialy

nurcik

           Ach te góry, piękne, ośnieżone szczyty i słońce znikające za nimi, chciałoby się, aby ten widok trwał wiecznie… Wracamy wraz z naszym przyjacielem do jego domu, to właśnie dzięki jego gościnności nie musimy szukać noclegu. Jak zawsze zostajemy ciepło przyjęci. Pod koniec dnia ruszamy na spacer po Zakopanem. O tej porze roku, w środku tygodnia nawet na Krupówkach jest spokojnie i cicho, całkiem inaczej wygląda to miejsce poza sezonem, gdy spacerując nie musimy przepychać się przez tłumy turystów. Robi się coraz zimniej, w końcu to dopiero początki wiosny. Wracamy do pokoju i planujemy następny dzień, niestety prognoza pogody nie wygląda obiecująco, nad ranem ma zacząć padać i nie widać szans na przejaśnienia. A może meteorolodzy się pomylili? Z tą nadzieją zasypiam.

Gory

         Słyszę dźwięk budzika i mimo wczesnej pory nie czuję senności. Jakoś na ryby zawsze wstaje się lepiej. Na dworze lekka mżawka. Nie jest źle. Taki deszczyk nie powinien zabrudzić wody. Postanawiamy spróbować naszych sił na Czarnym Dunajcu, przy deszczowych warunkach ta rzeka zawsze pozostaje dłużej czystą, niż Biały Dunajec, niestety, gdy już się zabrudzi, czyści się bardzo wolno. Ładujemy się do auta, na pobliskiej stacji wypijamy kawkę i jemy szybkie śniadanie. Gdy docieramy na miejsce, deszcz całkiem ustaje, a gdy zaczynamy rozkładać sprzęt, robi się nawet trochę jaśniej i nie jest już tak ponuro. Pełni werwy i nadziei zaczynamy łowić. Rozpoczynamy od odcinka powyżej mostu w Czarnym Dunajcu, gdzie rzeka poznaczona jest licznymi progami i przypomina trochę odcinek specjalny na Wiśle. Za progiem przy prawym brzegu znajduję się mała rynienka z głębszą wodą, po czym rozlewa się, tworząc piękną płań zwieńczoną kolejnym progiem (przynajmniej tak nam się wydaje). Dzielimy się metodami, wybieram nimfki, a mój towarzysz rozpoczyna od mokrych muszek. Już po paru rzutach widzę, jak na jego wędce melduje się pierwszy pstrążek wyjazdu, może nie za duży, ale pierwsza ryba zawsze cieszy i daje nadzieję na udany połów. Miałem lekkie puknięcie, ale rybki nadal nie ma. Widzę, że dziś mokra muszka spisuje się lepiej i wygrywa z moimi nimfkami 3:0.

pstrag

No nic, czas na zmianę zestawu, auto blisko, więc zmieniam wędkę, szkoda męczyć rękę długą 10', wybieram delikatniejszy i krótszy kijek w klasie #3, nawijam nowy sznurek, który sprawiłem sobie na ten sezon, zobaczymy, jak się spisze. Gdy ja wiążę zestaw na wędce kolegi, meldują się kolejne rybki, większość między 22/27 cm. Dowiązuje przypon i klasyczny zestaw na prowadzącą wybieram March Browna, a na skoczku pojawia się Red Tag. Już po kilku rzutach i ja mogę się cieszyć pierwszym holem, po krótkiej walce pstrąg ląduje w moich rękach, szybko go odpinam, buziak na pożegnanie i niech młody pędzi po swojego ojca, a najlepiej dziadka. Łowimy kolejne ryby, a około godziny 11:00 pojawia się lekka mżawka, co w jakiś sposób mobilizuje ryby do żerowania, widzimy pojedyncze oczka. Postawiam zawiązać suchą muszkę. Zawsze, gdy widzę chociaż cień szansy dla tej metody, postanawiam ją  zastosować. Obserwacje płynącej jętki czy innej imitacji zasysanej przez pstrągi i lipienie to jeden z najpiękniejszych momentów tych naszych wyjazdów. Niestety dziś tego nie doznam, po 30 minutach "suszenia" zmieniam zestaw. Zakładam niewielkiego streamera (pijaweczkę) i mokrą muszkę na skoczku. Z takimi muchami schodzę w dół płani, doławiając pojedyncze rybki, mimo ich niewielkich rozmiarów i tak cieszą, w końcu to jedne z pierwszych w tym sezonie. Kolega łowi troszkę niżej mnie, docierając w okolice końca płani i murku należącego do kolejnego progu.

         5 minut później za plecami słyszę nadjeżdżający samochód. Oho, kontrola. Strażnicy dziarskim tonem ruszają w naszym kierunku, pokazuję dokumenty, a kontrolujący mnie Pan wygląda na dość zaskoczonego na widok wpisanego łowiska i opłaconego okręgu nowosądeckiego. Słyszę pytanie o minimalną odległość, jaką należy zachować od jazów."O, czyżby jakiś mały test ze znajomości przepisów" 50 metrów odpowiadam bez zastanowienia. Zamiast pochwały kolejne pytanie, dlaczego świadomie łamiemy przepisy? Jest ono dla mnie co najmniej zaskakujące. Okazuje się, że poniżej nas znajduje się nie zwykły próg ale w żaden sposób nieoznaczony jaz. Magiczną odległość wyznacza podobno kamień przy brzegu rzeki "Naprawdę kamienie nad rzeką coś oznaczają? Przecież to tak, jakby oznaczyć coś mewą na Bałtyku". Karą dla nas ma być po 200zł dowolnej wpłaty na rzecz zarybień. "Zaraz, zaraz dowolnej wpłaty czy 200zł", kontrolujący nas Panowie nie widzą tutaj żadnej sprzeczności. Nie zgadzamy się na taką karę i sprawę przekazujemy wyżej. Przepisy faktycznie złamaliśmy, ale zupełnie nieświadomie, za co od razu przeprosiliśmy. Oznaczenie jazu podobno było lepsze, ale notorycznie jest zabierane przez wędkarzy. Myślę, że zwykła tabliczka na 50 metrze przed jazem załatwiła by sprawę w 100% i dzięki niej można by uniknąć kolejnych takich incydentów.

         No nic, szkoda tracić czas na rozważania, wracamy do wody i rozpoczynamy łowienie od progu powyżej. Tutaj płań jest nieco głębsza, a nurt śmielej wymywając w przeciwległym brzegu ziemię z pomiędzy korzeni. Wydawało by się, że rzeka tworzy wręcz idealne schronienie dla tutejszych ryb. Na ten odcinek wybieramy trochę cięższe zestawy, streamer z cięższą główką posłuży mi za muchę prowadząca natomiast około 60cm powyżej pojawia się większa mokra muszka, podobnymi zestawi obławiamy wodę idąc pod prąd. "Gdzie Wy wszystkie się pochowałyście, nie jesteście głodne po tarle?". Nasze muchy kierujemy w okolice przeciwległego brzegu, sprowadzając je na siebie. Po chwili u kolegi na wędce melduje się większy pstrążek, nie żeby jakiś gigant, taki +-35cm, niestety tak szybko, jak się pojawił, tak samo szybko odpiął się i wrócił do swojego domku między patykami i kamykami.

Wiatr zaczyna coraz mocniej wiać, a po wcześniejszych przejaśnieniach zostało tylko wspomnienie i teraz całe niebo zasnuwają gęste chmury. No nic, czas kończyć nasz dziwny weekend w środku tygodnia, ruszamy w stronę samochodu, a lekka mżawka moczy nasze kamizelki. Pomimo średniej pogody i małej przygody ze strażnikami, wyjazd był mega udany. Teraz, naładowani pozytywną energią, możemy wracać do swoich domów, prac, studiów, by zmierzyć się z czekającymi nas obowiązkami.

         Pisząc to, już odliczam dni do kolejnego wyjazdu. Za oknami taka piękna pogoda, a ja muszę siedzieć na tych wszystkich wykładach i laboratoriach. No cóż, takie jest życie, "Najpierw obowiązki, potem przyjemności", na szczęście czasem można pozwolić sobie na małe odstępstwa od tej reguły. Mam nadzieję, że czytając ten tekst chodź na chwilę uda Wam się przenieść nad wymarzoną rzeczkę. Drodzy czytelnicy, na sam koniec chciałbym Wam życzyć samych dużych ryb i jak najwięcej weekendów w środku tygodnia.

 

Do zobaczenia nad wodą

Wataha w SzOKU

 

 

 

 

1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *